Wakacyjny felieton prof. Marcina Kuli

Nie będę wkuwał dat!
Nieraz już opowiadałem, jak to w szkole mi powiedziano, że historykiem nie będę skoro nie znam dat. Ponieważ historykiem jednak stałem się, więc, jako nauczyciel akademicki, z lubością opowiadałem tę historyjkę podopiecznym, którym coś nie poszło. Nauczycielka miała wszakże rację. Wtedy dat nie znałem i dziś pewno nie znam ich wiele więcej niż data bitwy pod Grunwaldem. Zgoda, że daty bywają potrzebne w naszej pracy. W końcu trzeba ustalić kolejność wydarzeń by móc mówić o wpływie jednych na drugie. Na Księżyc doleciał wprawdzie już p. Twardowski w niepamiętnych czasach, ale lepiej wiedzieć, że podczas wojny trojańskiej nie było ani samolotów, ani rakiet. Niekończące się – także w historiografii – spory o pierwszeństwo różnych wynalazków lub rozwiązań są sporami o daty, a przynajmniej daty są podstawowym instrumentem dochodzenia w nich do prawdy. Nieraz daty są fundamentalne dla przyjęcia prawdziwej wersji wydarzenia. To, w którym roku popełniono zbrodnię katyńską, jest bezapelacyjnie powiązane z przypisaniem winy właściwym sprawcom. Daty bywają istotne dla przyjmowanej interpretacji wydarzenia (zwycięstwo w 1920 r. 15 sierpnia jako przesłanka uznania go za „Cud nad Wisłą”!). Daty nieraz symbolizują wydarzenia lub sprawy – a więc ułatwiają mówienie o nich. Prawda, że przynajmniej w potocznym dyskursie słowa, które stały się symbolami, czasem zastępują datowanie (np. „Gwiazdka”, „Grunwald”, „polskie miesiące”, „Wołyń”, „Katyń”, „wojna bolszewicka”, „katastrofa smoleńska” lub – dla części opinii – „zamach smoleński”…).
Mnie jednak interesują inne aspekty rozważanej kwestii. Jestem na przykład ciekaw kiedy i dlaczego ludzie zaczęli dostrzegać upływ czasu. Kiedy odnosili się do niego w inny niż my sposób – na przykład odnosząc wydarzenia do panowania władców – a kiedy wymyślili coś podobnego do kalendarza. Kiedy i dlaczego sposób liczenia czasu zmieniali, także w ramach wybranego kalendarza – bo i to się zdarzało. W niejednej cywilizacji przedstawiało się to wszystko odmiennie niż w naszej. Jeszcze pierwszy prezydent niepodległej Ghany, Kwame Nkrumach, nie znał daty swojego urodzenia – więc według naszych kryteriów nie byłby w stanie wypełnić wniosku wizowego przy prywatnej podroży do innych krajów.
W liczeniu czasu fundamentalny jest moment zerowy – wydarzenie od którego liczymy, niekoniecznie zresztą ustalone adekwatnie do rzeczywistości. Równie fundamentalne są kryteria zdefiniowania jednostek czasu. W różnych cywilizacjach też przedstawiało i przedstawia się to odmiennie. Nawet w naszej, Rewolucja Francuska wprowadziła liczenie lat od obalenia Bastylii, zaś Rewolucja Kubańska (1959) nadawała kolejnym latom specyficzne nazwy. W Izraelu funkcjonują dwie rachuby lat (tradycyjna i naszej ery). W czasach nam bliższych (nie pamiętam daty!) na zróżnicowane myślenie nałożyły się sformalizowane ustalenia międzynarodowe. Poza wszystkim globalizacja zaszła tak daleko, że musiały zaistnieć możliwości jednolitego liczenia czasu. Nie sposób zatelefonować do kogoś z dalekiego kraju lub na drugi koniec wielkiego państwa, nie wiedząc czy tam jest dzień, czy noc. Co ważniejsze lotnictwo musi z jednej strony dysponować jednym „zegarkiem” (ustalono, że mierzącym czas według południka „O”), a z drugiej autorzy rozkładów lotów muszą brać pod uwagę lokalny czas nawet „na końcu świata”. W liczeniu czasu hołdujemy też pewnej mitologii. Nie ma żadnej racji, by szczególnie ważne były rocznice tzw. „okrągłe” – a na ogół zauważamy je.
Interesują mnie funkcje nawiązywania do dat, których pamięć wspomagana jest przez pracę historyków. Kultywowanie historycznych rocznic jest jednym z elementów budowania spójności grup – jak choćby święta narodowe, czy podobne. Nieraz jednak są to rocznice dyskusyjne w kwestii daty oraz swojej istoty. Dlatego odnoszenie się do dat jest nieraz wypowiedzią, czasem zresztą, przynajmniej w intencji, budującą grupę. Bywa zatem powołania dat nieprzypadkowo się różnią. Dla nas II wojna światowa zaczęła się w 1939 r., dla ZSRR w 1941 r. (do dziś w Rosji mówi się o tej dacie) – podczas gdy w Azji ekspansja Japonii zaznaczyła się znacznie wcześniej. Nawet co do daty końcowej wojny nie ma jedności (w Europie stanęło pytanie czy 8, czy 9 maja 1945 r., a w Azji w ogóle później). Zapamiętanym przez historyków dziejów najnowszych sporem na kanwie daty był spór „Tysiąclecie-Millenium”. Kościół katolicki chciał celebrować rocznicę chrztu Polski. PRL w odpowiedzi chciała czcić tysiąclecie państwa. Z datą początku państwa jest jednak taki kłopot, że trudno odwołać się do innej niż właśnie data chrztu (można do faktu, że Popiela zjadły myszy, ale to marny wątek do celebracji). Wybuchł wielki spor na kanwie daty. W naszych czasach część polityków czci kolejne, mniej okrągłe, rocznice chrztu Polski, a druga część niedawno położyła nacisk na rocznicę koronacji Chrobrego.
Innym przykładem znaczącego odnoszenia się do daty może być historia stosunku do rocznic Powstania Warszawskiego oraz Powstania w getcie warszawskim. Także do święta Wojska Polskiego (za PRL w rocznicę Bitwy pod Lenino, dawniej i obecnie w rocznicę Bitwy Warszawskiej). Obecnie rządząca koalicja (pisane 21 lipca 2025 r.) nazywa siebie „Koalicją 15 października” (od daty zwycięskich dla niej wyborów), a przeciwna jej prawica używa określenia „Koalicja 13 grudnia” (od daty zaprzysiężenia rządu). Ma to rodzić wiadome skojarzenia, a pozostaje tylko wierzyć, że Prezydent Duda zupełnie przypadkowo wybrał datę uroczystości zaprzysiężenia.
Nie wszystkie daty chce się pamiętać. Za PRL władze nie chciały, żebyśmy pamiętali 1920 r. Chciały, żebyśmy pamiętali 22 lipca, a nie 11 listopada lub 3 maja jako święta narodowe. Wystarczy jednak niekultywowanie jakiejś daty, która w zmienionych okolicznościach historycznych nie jest ceniona, byśmy o niej zapominali. Poza historykami mało kto dziś pamięta ani o 22 lipca, ani o 17 stycznia jako rocznicy wyzwolenia Warszawy w 1945 r., za PRL żywo świętowanej. Z kolei w sprawach mimo wszystko mniejszej wagi nie wahamy się obchodzić jubileuszy instytucji, które zbudowano w głębokiej PRL. O ich powstaniu w tej epoce przypominamy sobie raczej tylko wtedy, gdy źle działają. PAN stworzono w głębokim stalinizmie, a spokojnie teraz, latem, przebywam w jej domu wypoczynkowym w Juracie. Formalnie, jak za dawnych czasów, nosi on nazwę „Domu Pracy Twórczej”. Zakorzeniona jest ona w mitologii pracy, kultywowanej w PRL. Nikt o tym jednak nie myśli, a na tym samym terenie zorganizowano nawet „małpi gaj” dla dzieci. Może wspinanie się po drabinkach sznurowych itd. jest dla nich swoistą twórczością. Ja jednak postanowiłem oddać hołd zjawisku pracy przez stworzenie niniejszego eseju w pełni okresu wakacyjnego.
Marcin Kula
Uniwersytet Warszawski (emeritus)
Felieton powstał podczas współpracy przy tworzeniu materiałów do akcji “Kartka z kalendarza historyka”.