Felieton prof. Marcina Kuli

Marcin Kula
Uniwersytet Warszawski (emeritus)
W Lektorium i przed drzwiami
Zbiory sztuki, także kolekcje archiwalne, czy biblioteczne, nie tylko dokumentują historię kraju, ale ją też odzwierciedlają. Na przykład BUW ma duże zbiory druków rosyjskich – bowiem w pewnym okresie uczelnia znajdowała się przecież pod rosyjską władzą. Z kolei podczas II wojny światowej hitlerowcy mnóstwo z biblioteki wywieźli. We wspomnieniach prof. Korzeniewskiego można przeczytać, jak wchodzi do gmachu BUW-u gdy nie ma tam już żołnierzy niemieckich. Budynek jest w strasznym stanie, wręcz zapaskudzony przez nich, gdy tam stacjonowali. Autor zastanawia się jak mogli zapaskudzić ściany tak wysoko (czy ścigali się kto wyżej zabrudzi?). Potem prof. Korzeniewski jedzie na Śląsk, gdzie skradzione zbiory przynajmniej w części ocalały i męczy się nad ściągnięciem ich do Warszawy[1]. Prof. Gieysztor też wtedy jedzie na Śląsk. W liście do mego ojca, wówczas pracującego w świeżo powstałym Uniwersytecie Łódzkim, pisał: „Jadę na Śląsk po książki dla Instytutu UW[2], dlaczego Łódź nie zadbała o to samo dla siebie? W październiku zanosi się na powtórzenie tejże imprezy. Sądzę zresztą, że wyjeżdżam trochę za późno na tego rodzaju operację, ale z niejakimi jeszcze nadziejami na biblioteki kościelne[3]. Ktoś ze znajomych wyrażał się wtedy ironicznie, że Profesor „pojechał na szaber” – bo tak określano powszechne tam zjawisko zawłaszczania mienia poniemieckiego.
Gdy sam przyszedłem na studia w 1960 r., mało kto już o takich rzeczach myślał, a może nie tak wielu je pamiętało. Lektorium nie nosiło żadnego imienia. Mieściło się tam gdzie dzisiaj – ale przecież nie było budynku z czasem powstałego pomiędzy Wydziałem Historii a dzisiejszym Instytutem Kultury Polskiej. Magazyn książek częściowo zajmował pomieszczenia, w których jest dzisiaj, a częściowo mieścił się w Sali Kolumnowej. Nie miało to bez sensu, ponieważ nie sposób było zainstalować tam półek sięgających do sufitu. I tak zbudowano wysokie, co wymagało ciągłego wchodzenia pracowników na drabiny. Ten zbiór książek miał wówczas opinię największego wyspecjalizowanego zbioru publikacji historycznych w Polsce. Po lewej stronie od wejścia do Lektorium, na podwyższeniu, stała lada dyżurnego bibliotekarza. W praktyce często siedział tam jakiś może dorabiający sobie asystent. Przyjmował zamówienia na książki i odbierał zwroty. Jeżeli dobrze pamiętam, podpisywaliśmy się w zeszycie obecności, a w jakimś momencie wprowadzono też wpisywanie co kto bierze do czytania. To nie mogło jednak zadziałać w odniesieniu do zbioru podręcznego, a poza tym studenci zaczęli pisać, że czytają „Biblia Sacra” lub tp. W ten sposób niemądry pomysł upadł. Oczywiście w całym systemie bibliotek uczelnianych były publikacje zastrzeżone, których z powodów politycznych nie wydawano „byle komu”. Podobnie zastrzeżone były na przykład szczegółowe mapy współczesne (obronność kraju!). Przynajmniej w czasie moich studiów na UW nie było jednak trudno dostać się do tych rzeczy. Wystarczyło przynieść zaświadczenie od pracownika Instytutu, że dana publikacja jest potrzebna przy opracowywaniu zadanego tematu lub pracy magisterskiej. W wypadku na przykład historii najnowszej życzliwy profesor mógł więc napisać dosłownie wszystko.
Siedzieliśmy w Lektorium bez końca – praktycznie wszyscy. Nie było przecież wtedy Internetu. Książek używanych na studiach często nie było w księgarniach, wydawnictwa źródłowe akurat potrzebne do ćwiczeń i tak mało kto by sobie kupował na własność, a zresztą – by powołać banalny argument – kupno kosztowało. No więc podręcznik do wkuwania starożytnej wygodniej było kupić – jeśli się udało i miało się pieniądze – ale ogromną większość zadanych prac czytaliśmy na miejscu. Był jeszcze jeden argument za tym: na ćwiczenia często zadawano materiały źródłowe fotokopiowane. Przecież – powtórzę – nie korzystaliśmy wtedy z Internetu i komputerów. W Lektorium przechowywano kolekcję takich fotokopii w liczbie egzemplarzy z grubsza wystarczających dla studentów z grupy ćwiczeniowej.
Większość krzeseł w Lektorium była więc najczęściej zajęta. Studenci czytali, wkuwali się – i gadali między sobą. Gdy robiło się za głośno, jego kierowniczka, bardzo zasłużona pani dr Drozdowicz, ostro wołała Silentium! Ponieważ na naszych studiach łacina była jednym z podstawowych przedmiotów, mogła mieć nadzieję, że zrozumiemy. Na ogół rozumieliśmy – przez pięć minut.
Ponieważ czasem przy takim siedzeniu chce się na chwilę wstać, a niekiedy nawet trzeba, więc na II piętrze zawsze kręciły się liczne grupy rozmawiające. Nie tam było drzwi windy, gdyż jej samej wtedy nie było. Nie było tam też katalogów, które stoją dzisiaj. Jednak wszędzie było ciasno. Historia zajmowała wtedy znacznie mniej miejsca w budynku. W jego części od strony południowej (tam, gdzie jest druga klatka schodowa i, powiedzmy, sala 125) funkcjonowała jedna z gałęzi biologii. Stamtąd przychodziły do nas myszy, łamiąc zawsze nadmierne granice między dyscyplinami badawczymi. Nie ulega wątpliwości, że walczyły o interdyscyplinarność. Naprzeciwko drzwi Lektorium nie było żadnej sali A, tylko jakoś tam podzielona przestrzeń Archeologii Śródziemnomorskiej. Archeolodzy mogli się więc „wyroić” tylko tam, gdzie historycy z Lektorium. Co nie najmniej ważne, nie było wtedy 4 piętra. Pod dachem był marny stryszek, nie nadający się do użycia. Korytarz na trzecim piętrze był ciągiem komunikacyjnym pomiędzy pokojami i salkami zajęć. W sumie jak chciało się rozmawiać – to tylko w Lektorium lub na klatce schodowej II piętra, też przy katalogach w małym korytarzyku przed drzwiami. Mieliśmy tam jedynie katalogi klamrowe na kartkach, potem umieszczone w przystosowanych szufladkach, na fiszkach, przez których dziurkę przeciągano pręt, żeby się nie rozproszyły. Te fiszki zresztą wszyscy wykupywaliśmy w jakichś nielicznych sklepach by robić na nich fiszkowane notatki. Fiszka z notatkami to był fundament naszej pracy. Wracając do rozmów: myślę, ze zaletą Lektorium było umacnianie się w nim więzów towarzyskich, a przypuszczam, że niejedna para też zaczęła dzięki temu „chodzić” ze sobą. Prawda jednak, że niejedno tam przeczytaliśmy (sic!) i tam też odbyła się uroczystość zakończenia studiów naszego rocznika.
[1]Bohdan Korzeniewski, Było, minęło… Wspomnienia, przedmowa Anna Kuligowska-Korzeniewska, posłowie Andrzej Kruczyński, PIW, Warszawa 2020.
[2]Mowa o Instytucie Historycznym, obecnie Wydziale Historii UW.
[3] Aleksander Gieysztor do Witolda Kuli, z Warszawy do Łodzi, 15 IX 1945 (w zbiorach prywatnych).
![]() |
![]() |
| Biblioteka dawnego Instytutu Historycznego UW. Magazyn książek w Sali Kolumnowej. |
Biblioteka dawnego IH UW. Galeryjki na zapleczu przed remontem. |

